czwartek, 29 września 2011

Mam pomysł na...

Wymyśliłam* nowy sposób na karczochy. Bardzo mi się podoba taki nowy układ i wzór. Jednak jest on dość ciężki do realizacji. Pracuję nad jego udoskonaleniem. Dla porównania (pierwsze zdjęcie) prezentuję również standardowy układ karczocha.






Oczywiście zrobiłam już kilka moich ulubionych kwiatów. Teraz czekam na dostawę materiałów.


Dziękuję za odwiedziny i wszelkie komentarze.

* - uważam, że wymyśliłam, bo nie widziałam nigdzie takiego układu.

wtorek, 27 września 2011

Naturalnie.

Dzisiaj prezentuje drewniane koraliki w naturalnych kolorach. Zrobiłam je na dwa sposoby. Nie obyło się bez kilku błędów podczas pracy z nimi i kilku poprawek. Dzięki temu potrenowałam sobie technikę.


Miałam już tak dużo zrobione, aż nagle... 


odkryłam błąd.


Ukończony wężyk.


Kolejne koraliki też miały błąd.


Ukończona praca.


Zbliżenie na szczegóły.


Tak prezentują się razem.


Małe próbka na wzór African helix.

Bardziej podoba mi się w tym wypadku wersja 3 koraliki na 3 koraliki. 
Dziękuję za odwiedziny i wszystkie Wasze komentarze.




sobota, 24 września 2011

Wsiąkłam.

Wsiąkłam i to kompletnie, zupełnie, całkowicie. Bawię się koralikami w przerwach czytania książek. Poczyniłam małe zakupy koralikowe.




W międzyczasie odkryłam, że posiadam jakieś małe koraliki. Kupiłam je kiedyś z myślą o dodatkach do kartek. Postały z nich dwie delikatne bransoletki.







Niestety nie udało mi się oddać urody tych koralików. Szczególnie tych czerwono-tęczowych. Sądzę, że nadrobię to na gotowym wyrobie.
Poza tym polecam Wam dwie książki, które przeczytałam w tym tygodniu: "Mężczyzna który się uśmiechał" -  Henning Mankell oraz "Dziewczęta z Szanghaju" - Lisa See.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was ilością zdjęć. Dziękuję za odwiedziny oraz wszystkie Wasze komentarze. 

wtorek, 20 września 2011

Beading, czyli haft koralikowy.

Wpadam tutaj tylko na chwilę. W przerwie czytania kryminału ("Mężczyzna, który się uśmiechał" Henning Menkell) chciałam zaprezentować małą próbkę nowości. Oczywiście powstały pod wpływem znalezionego w internecie kursu na sznur szydełkowo-koralikowy.



Oczywiście jak tylko zobaczyłam jedną instrukcję, zaczęłam się wczytywać w informację o hafcie koralikowym i tym sposobem trafiłam na kolejny kursik. Poniżej widać efekt. Niestety miałam tylko takie koraliki. Jednak chyba całkiem interesującą całość stworzyły. Teraz zastanawiam się jak zrobić do tego zapięcie, żeby powstała bransoletka.


czwartek, 15 września 2011

Misz masz.

W jednym z marketów mają dziurkacze. Nie byłabym sobą jakbym nie kupiła chociaż jednego i chociaż aniołka już mam, to ten jest większy, a żabka była urocza. 


Dodatkowo mieli papilotki do muffinek. Oczywiście też wylądowały w moim koszyku. Niemal od razu zrobiłam marchewkowe muffinki z połowy porcji z przepisu na ciasto marchewkowe i już ich nie ma. Osoby zainteresowane informuję, że ja nie jem moich wypieków.


Na koniec polecam Candy.



wtorek, 13 września 2011

Dolce far niente.

Nie specjalnie lubię pisać, czy też mówić o książkach. Czytam ich na kilogramy niemal, jednak czy są ciekawe, czy też nie mogłabym opisać jednym słowem. Sądzę, że niektóre książki trzeba przeczytać, żeby je zrozumieć i móc o nich cokolwiek powiedzieć. Bywają też książki, które mimo moich najszczerszych chęci nie dadzą się przeczytać.

Jednak przejdźmy do meritum tj. "Amore, amore! Miłość po włosku". Jak możemy się dowiedzieć z krótkich opisów umieszczonych z tyłu książki. Autorka Maria Carmen Morese, urodzona w 1968 roku w Pompejach,  studiowała germanistykę, romanistykę oraz historię sztuki w Niemczech. Jest autorką przewodnika po Neapolu i wybrzeżu Amalfi. Mieszka w Neapolu, gdzie jest dyrektorką Instytutu Goethego. Natomiast główna bohaterka Valeria, pół-Włoszka, pół-Niemka, wraca po wielu latach do Neapolu, by na zlecenie niemieckiego pisma kobiecego zbadać, co takiego kryje w sobie kraj miłości i latin lovers. (Nie będę przytaczała tutaj całości tego co napisano na okładce. Dodam tylko, że według opisu książka to pełna zabawnych perypetii podróż do świata amore all'italiana.
Książkę dopadłam w bibliotece. Co prawda widziałam ją kilka razy w księgarniach, nawet ją oglądałam. Uwielbiam książki z akcją dziejącą się we Włoszech czy we Francji. Zazwyczaj zapewniają mi oprócz jako takiej historii (mniej lub bardziej ciekawej) pełną ucztę w opisy jedzenia oraz piękne widoki. O jedzeniu mogłabym czytać bez końca.
Jednak moje pierwsze wrażenie gdy zasiadłam do lektury, było to krótkie zdanie "Tylko nie to.". Bohaterkę poznajemy, gdy po rozstaniu leci do Włoch. Jeszcze nie wiemy po co dlaczego, ale już cisnęło mi się na myśl, że już to kiedyś czytałam i nie była to ciekawa historia. 
Książka sama w sobie jest trochę po włosku. Mamy tam różne zdania, dialogi, zwroty włoskie. Jednak tuż obok to samo przetłumaczone na polski. Jakby bohaterowie byli automatycznie dwujęzyczni. Wspaniałe jest to, że na każdym kroku natykamy się na jakąś mądrość ludową, jakieś typowo włoskie zachowanie. Taka powinna być włoska książka, jeszcze do tego pełne opisy włoskich potraw, takie, że czuć ich smak i zapach, aż ślinka cieknie i jestem w książkowym raju.
Książka ma mało wspólnego z jedzeniem, jednak opisy włoskich zachowań, zachowań niemieckich, ba! nawet polskich. Utyskiwanie na ówczesnego premiera. Odrobina mafii. Taka włoska codzienność z dziennikarstwem i poszukiwaniem miłości w tle, okraszona poradami jakie kobiety lubią mężczyźni (włoscy mężczyźni, ale co za różnica).
Mogłabym powiedzieć, że ta książka przemówiła do mnie, uwiodła mnie od samego początku, a dokładniej od drugiego rozdziału. Czytałam ją z lekkim uśmiechem na ustach i zupełnie zapomniałam, że jest to przecież mimo wszystko historia o miłości, a nie relacja z pracowitych wakacji we Włoszech. Jednak czy to książka o miłości? Nie wiem. Na pewno książka o miłości do tego kraju.
Książka ta zrobiła na mnie podobne wrażenie jak "Moje życie we Francji" Julie Child oraz "Pod słońcem Toskanii" Frances Mayes.
"Amore, amore! Miłość po włosku!" polecam jeśli macie ochotę spędzić kilka godzin przy ciekawej i lekkiej lekturze ta książka będzie idealna. Warto przeczytać tak po prostu.

A jakie Wy ostatnio przeczytaliście książki?

* zdjęcia pochodzi z serwisu lubimy czytać


niedziela, 11 września 2011

Cisza, kawa i ja.

"Lubię ten stan 
Rozkoszne sam na sam
Cisza i ja
Cisza, ja i czas"
Hey - "Cisza, ja i czas"

Ostatnio byłam bardzo zajęta, jednak nie robótkowo. Wciągnęły mnie książki, zupełnie i totalnie. Przerzucałam kartki jakby mi się w rękach paliło (dla zainteresowanych co aktualnie czytam jest to widoczne w bocznym pasku oraz tutaj). Dzięki temu odczuwam jakaś tęsknotę za moimi pracami. Dodatkowo miałam małe przeróbki w moim miejscu pracy i w końcu mam stół niemal moich marzeń, spokojnie mieści się na nim mój sprzęt komputerowy oraz moje aktualne prace. Do tego nad stołem mam półkę, na której poukładałam sobie mój (no nie do końca mój) sprzęt fotograficzny. 
 Natomiast dzisiaj korzystając z zapewne ostatnich letnich promieni słonecznych oraz z tego, że dzisiaj mam czas tylko dla siebie, relaksuję się przy kolejnej książce ( "Amore, amore! Miłość po włosku" - Maria Carmen Morese). Dodatkowo w ramach dbania o swoje dobre samopoczucie i to, że taka książka nie może obyć się bez dobrej małej kawy i pysznego dodatku. W moim przypadku mam kubek pełen owoców pod pierzynką z bitej śmietany, posypałam to wszystko gorzkim kakao. (Niestety musicie mi uwierzyć na słowo, gdyż nie mam przezroczystej miseczki).


Jesteście zainteresowani recenzją tej książki w moim wykonaniu?

poniedziałek, 5 września 2011

Czarno-biało.

Przepis jest prosty i niewymagający. Dodatkowo ciasto jest tak słodkie, że ciężko zjeść je w dużych ilościach. Nie zdziwcie się jeśli usłyszycie, że spód ma konsystencje piasku. Pomysł na to ciasto powstał z chęci stworzenia czegoś szybko i czegoś baaaardzo słodkiego. Spód pochodzi z przepisu na ciasto Filadelfia, spód z ciasta milky way (lub mleczna kanapka)

Składniki na spód:

  •  1 opakowanie sucharków
  • 1 opakowanie kremu czekoladowego (400 g)
Sucharki mielę maszynką do mięsa na proszek. Mieszam z kremem czekoladowym. Wykładam na wyłożoną papierem do pieczenia tortownicę o średnicy około 30 cm.





Składniki na krem
  • pół szklanki mleka
  • 2 szklanki mleka w proszku
  • pół szklanki cukru
  • cukier waniliowy
  • 250 g masła lub margaryny


Mleko podgrzewam z cukrem i cukrem waniliowym. Margarynę / Masło ubijam na gładką puszystą masę, dodaję mleko z cukrem (przestudzone) i mleko w proszku. W tym przypadku dodaję jeszcze dwie łyżki mleka w proszku. Po schłodzeniu krem jest twardszy i nie rozpływa się po schłodzeniu. Masę mleczną wykładam na sucharki z kremem czekoladowym. Całość wkładam do lodówki na kilka godzin.


Garść uwag:
Sądzę, że zamiast sucharków można użyć bułki tartej, będzie mniej słodkie.
Sucharki równie dobrze, można je pokruszyć w dowolny sposób.
Używam małego opakowania nutelli i dowolnego kremu czekoladowego, żeby dopełnić wagę
Wierzch można posypać gorzkim kakao lub startą czekoladą.
W przepisie jest jeszcze trzecia warstwa - warstwa krówkowa lub toffi.
Teraz stwierdzam, że można modyfikując ilość składników stworzyć ciekawy deser w osobnych ozdobnych miseczkach.

Bon appetit!





piątek, 2 września 2011

Wytrawnie.

Lubię trochę poeksperymentować w kuchni. Lubię przeglądać książki kucharskie i zastanawiać się czego spróbować. Jednak lubię też potrawy nie wymagające wysiłku, a że lubię mazidła do chleba dzisiaj przedstawiam Wam sprawdzone przepisy na dwie pasty. Obie pasty nie są zbyt fotogeniczne. Nie wyglądają, a smakują, chyba własnie o to chodzi.
Pierwsza to "paprykarz szczeciński" (przepis tutaj). Z właściwym paprykarzem ma tylko tyle wspólnego, że oba są z ryby, są pomidorowe i mają ryż. Musiałam trochę przerobić przepis z powodu braku niektórych składników, pominęłam pieczarki (zapomniałam kupić) i zmniejszyłam ilość koncentratu pomidorowego (miałam już napoczęty słoiczek koncentratu). Jednak robiłam paprykarz już kilka razy i sądzę, że nie stracił swojego smaku przez takie drobne modyfikacje. 
Druga pasta to najprostsze połączenie: jajka na twardo + makrela wędzona + majonez + przyprawy. Lubię takie jajeczno-rybne połączenie. Można majonez wymieszać z jogurtem i odjąć trochę kalorii nie tracąc przy tym smaku.
Oczywiście z całej makreli wędzonej wychodzi więcej pasty, jednak to co widać to już nędzne resztki które udało mi się uratować do zdjęcia.
W sekrecie Wam powiem, że następny przepis będzie na słodko. Genialny misz-masz bez pieczenia.


Bon appetit!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...