wtorek, 13 września 2011

Dolce far niente.

Nie specjalnie lubię pisać, czy też mówić o książkach. Czytam ich na kilogramy niemal, jednak czy są ciekawe, czy też nie mogłabym opisać jednym słowem. Sądzę, że niektóre książki trzeba przeczytać, żeby je zrozumieć i móc o nich cokolwiek powiedzieć. Bywają też książki, które mimo moich najszczerszych chęci nie dadzą się przeczytać.

Jednak przejdźmy do meritum tj. "Amore, amore! Miłość po włosku". Jak możemy się dowiedzieć z krótkich opisów umieszczonych z tyłu książki. Autorka Maria Carmen Morese, urodzona w 1968 roku w Pompejach,  studiowała germanistykę, romanistykę oraz historię sztuki w Niemczech. Jest autorką przewodnika po Neapolu i wybrzeżu Amalfi. Mieszka w Neapolu, gdzie jest dyrektorką Instytutu Goethego. Natomiast główna bohaterka Valeria, pół-Włoszka, pół-Niemka, wraca po wielu latach do Neapolu, by na zlecenie niemieckiego pisma kobiecego zbadać, co takiego kryje w sobie kraj miłości i latin lovers. (Nie będę przytaczała tutaj całości tego co napisano na okładce. Dodam tylko, że według opisu książka to pełna zabawnych perypetii podróż do świata amore all'italiana.
Książkę dopadłam w bibliotece. Co prawda widziałam ją kilka razy w księgarniach, nawet ją oglądałam. Uwielbiam książki z akcją dziejącą się we Włoszech czy we Francji. Zazwyczaj zapewniają mi oprócz jako takiej historii (mniej lub bardziej ciekawej) pełną ucztę w opisy jedzenia oraz piękne widoki. O jedzeniu mogłabym czytać bez końca.
Jednak moje pierwsze wrażenie gdy zasiadłam do lektury, było to krótkie zdanie "Tylko nie to.". Bohaterkę poznajemy, gdy po rozstaniu leci do Włoch. Jeszcze nie wiemy po co dlaczego, ale już cisnęło mi się na myśl, że już to kiedyś czytałam i nie była to ciekawa historia. 
Książka sama w sobie jest trochę po włosku. Mamy tam różne zdania, dialogi, zwroty włoskie. Jednak tuż obok to samo przetłumaczone na polski. Jakby bohaterowie byli automatycznie dwujęzyczni. Wspaniałe jest to, że na każdym kroku natykamy się na jakąś mądrość ludową, jakieś typowo włoskie zachowanie. Taka powinna być włoska książka, jeszcze do tego pełne opisy włoskich potraw, takie, że czuć ich smak i zapach, aż ślinka cieknie i jestem w książkowym raju.
Książka ma mało wspólnego z jedzeniem, jednak opisy włoskich zachowań, zachowań niemieckich, ba! nawet polskich. Utyskiwanie na ówczesnego premiera. Odrobina mafii. Taka włoska codzienność z dziennikarstwem i poszukiwaniem miłości w tle, okraszona poradami jakie kobiety lubią mężczyźni (włoscy mężczyźni, ale co za różnica).
Mogłabym powiedzieć, że ta książka przemówiła do mnie, uwiodła mnie od samego początku, a dokładniej od drugiego rozdziału. Czytałam ją z lekkim uśmiechem na ustach i zupełnie zapomniałam, że jest to przecież mimo wszystko historia o miłości, a nie relacja z pracowitych wakacji we Włoszech. Jednak czy to książka o miłości? Nie wiem. Na pewno książka o miłości do tego kraju.
Książka ta zrobiła na mnie podobne wrażenie jak "Moje życie we Francji" Julie Child oraz "Pod słońcem Toskanii" Frances Mayes.
"Amore, amore! Miłość po włosku!" polecam jeśli macie ochotę spędzić kilka godzin przy ciekawej i lekkiej lekturze ta książka będzie idealna. Warto przeczytać tak po prostu.

A jakie Wy ostatnio przeczytaliście książki?

* zdjęcia pochodzi z serwisu lubimy czytać


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za odwiedziny i komentarz.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...